Foto: Screen TVP Info

W czasie ostatniej kampanii wyborczej mieliśmy kilka fenomenalnych zjawisk, na przykład mieszkańcy wrocławskiego Jagodna uwierzyli, że Donald Tusk spełni 100 obietnic, a prezydent Sutryk pociągnie linie tramwajową do ich osiedla. Nieco mniej naiwnie do rzeczy podchodzili krytyczni wobec rzeczywistości obywatele i to oni głównie zwracali uwagą na groteskowe „aktywiszcze”.

Tak zwany język gender lub raczej karykatura języka jest najmniej rozwojową formą komunikacji, jaką człowiek dotąd wynalazł. Generalnie polega to na tym, aby podstawowym słowom odebrać podstawowe znaczenia lub w ogóle zakazać ich używania. Przykładem tej pseudojęzykowej paranoi jest właśnie „aktywiszcze” uosobione przez San Kocoń, kandydatkę na „posłankiszcze” Koalicji Obywatelskiej. Ono, w sensie to „aktywiszcze”, posługiwało się zaimkami nie przystającymi ani do płci, ani do wiedzy ze szkoły podstawowej i jeszcze przy tym wyraziło takie oto odzienie:

Byłom zaskoczone, że kwestia moich zaimków wywołała taką burzę (…).Niektórzy mówili, że moje wystąpienie jako “rzecznicze” i “aktywiszcze” było zaplanowaną strategią, by zaistnieć. To nie prawda. To media publiczne chciały pokazać mnie jako dziwaka i postraszyć mną ludzi – San Kocoń, osoba niebinarna kandydująca do Sejmu z listy KO w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

Obojętnie jak traktować powyższą osobliwość jedno jest pewne, mianowicie to, że kandydatka, czy też „kandydatkiszcze” nie dostało się do Sejmu, co rzecz jasna jest przejawem ksenofobii polskiego ciemnogrodu. Z drugiej strony, ono San Kocoń, nie może na Polskę narzekać, bo w Bawarii w ogóle by sobie nie poszalało z kampanią w takim „stylu”. 19 marca 2024 roku na wniosek ministra spraw wewnętrznych Joachima Hermanna, rząd Bawarii wprowadził poprawkę do ogólnego regulaminu urzędów i sfery publicznej.

Świeżo wprowadzone przepisy zakazują dyrektorom szkół, nauczycielom i urzędnikom administracji publicznej używania w oficjalnej korespondencji języka neutralności płciowej, innymi słowy języka gender. Wolność słowa gender ma być zachowana wyłącznie wśród profesorów wyższych uczelni. Oni/one będą mieli do wyboru, czy chcą pisać i mówić po ludzku, czy też posługiwać się sztuczną formą komunikacji, której bardzo często nie rozumie co najmniej jedna strona i zazwyczaj jest to odbiorca.

Wprowadzona w Bawarii zmiana jest podwójnie zaskakująca, po pierwsze idzie całkowicie wbrew „nowoczesnej linii tolerancji” odcinającej niemal całą Europę i większość USA od zdrowego rozsądku. Po drugie zakaz używania języka gender to skutek dotrzymania obietnicy powyborczej przez aktualnego premiera Bawarii Markusa Soedera. Po wygranych przez CSU wyborach do bawarskiego landtagu, w grudniu 2023 r. nowy włodarz landu oświadczył:

U nas nie będzie obowiązkowego “genderowania”. Przeciwnie: my w Bawarii zabronimy języka gender w szkołach i administracji.

Niespełna trzy miesiące później słowa dotrzymał i Bawaria może się cieszyć normalnością, przynajmniej w tym jednym obszarze. Niezwykle interesujące i pocieszające jest też to, jakie argumenty przedstawił szef Bawarskiej Kancelarii Stanu Florian Hermann:

(…) język musi być jasny i zrozumiały i służyć utrzymaniu otwartej przestrzeni dyskursu w liberalnym społeczeństwie” (…) „język nacechowany ideologicznie działa wykluczająco”.

Nie wiemy, czy polska „ministra” edukacji Barbara Nowacka zapoznała się z decyzjami bawarskich polityków. Gdyby takiej wiedzy nie posiadała, dobrze by było uzupełnić luki, najlepiej w ramach pracy domowej.

Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski