Foto: Screen YouTube

Motyw kota Jarosława Kaczyńskiego to stały i nieśmiertelny element polskiej polityki i niemal codzienności medialnej. Najsłynniejszy był śp. Alik, sporą sławę zdobył też „Rudy”, ale on należał do sąsiadów prezesa PiS. Teraz na topie jest anonimowy i jednocześnie bardzo wpływowy kot Kaczyńskiego, którego boją się nawet komandosi. Na portalu Onet.pl ukazał się wywiad z byłym pracownikiem firmy ochroniarskiej GROM Group i ten w szczegółach opisał wszystkie zagrożenia związane z pracą dla PiS pod bacznym okiem wpływowego kota.

Rozmowę przeprowadzono w ulubionej formule mediów: „nasz anonimowy rozmówca twierdzi”. Taki zabieg jednocześnie pozwala włożyć w usta rozmówcy dowolne treści, w tym kompletne bzdury i nadać wywiadowi odpowiednią dramaturgię. Cóż takiego powiedział Onet.pl anonimowy rozmówca, były komandos i pracownik firmy ochroniarskiej? Trochę przypomina to spowiedź Stefana Burczymuchy, bohatera wiersza Marii Konopnickiej, który bohatersko zmagał się lwami, panterami i wilkami, aż poległ w pojedynku z myszką. Różnica polega na tym, że pan ochroniarz poszedł w bardziej nowoczesną stronę i zaczął mówić o kocim mobbingu:

Zdarzyło się, że jeden z osobistych ochroniarzy Kaczyńskiego powiedział kiedyś w jego domu, że jego kot śmierdzi. Prezes to usłyszał i ten pracownik został zawieszony. Popadł w niełaskę. Potem został przesunięty i od roku siedzi już tylko na Nowogrodzkiej.

W wywiadzie pojawiły się jeszcze bardziej szokujące informacje. Były ochroniarz z przejęciem opowiadał na czym polega praca ochroniarza, czego zdaje się ani w trakcie wykonywania obowiązków, ani po zwolnieniu nie jest w stanie zrozumieć:

Ochroniarze chodzą za nim wszędzie: do Sejmu, na Nowogrodzką, na wiece i uroczystości, ale też na zakupy, do kościoła czy na pocztę. Nie odstępują go na krok i nie spuszczają go z oka. Nie wchodzą z nim tylko do toalety. Ale jak prezes idzie do WC, to ochroniarze stoją przed drzwiami.

Kto by pomyślał, że zadania ochroniarza dokładnie na tym polegają? Raczej wszyscy by tak pomyśleli, oprócz anonimowych rozmówców mediów. Dobrze, ale o co i po co ta cała afera sprowadzająca się do gruntowania medialnego przyszłych decyzji polityków. Dokładnie o ochronę chodzi, ale w bardzo konkretnym miejscu, jakim jest Sejm. Marszałek Szymon Hołownia zaczął swoje urzędowanie od priorytetów: założenia podcastu, zdjęcia kotary, usunięcia barierek sprzed Sejmu i ochrony Jarosława Kaczyńskiego w Sejmie. Ostatni priorytet nie został do dziś rozwiązany, ale co kilka dni marszałek Hołownia informuje opinię publiczną, że ciężko nad rozwiązaniem tej palącej kwestii pracuje:

Uważam, że Straż Marszałkowska i Służba Ochrony Państwa w przypadku osób, którym ta ochrona przysługuje, są absolutnie kompetentnymi i wystarczającymi jednostkami, żeby zapewnić bezpieczeństwo (…). Wnoszenie broni na teren Sejmu przez firmy prywatne uważam za coś, co nie mieści się w standardach. Ten problem zostanie przez nas rozwiązany – powiedział Hołownia 21 listopada 2023 roku.

Jaki to ma związek ze słynnym filmowym procesem o kota, bo tego oczywiście nawiązuje tytuł felietonu? Otóż przedmiot sporu jest dokładnie tej samej wagi i wzbudza podobne reakcje u ludzi, którym nigdy nie przyszłoby do głowy wiązać kota na sznurku i do niego strzelać. O kotach i ochronie Jarosława Kaczyńskiego powiedziano już wszystko, a próba pozbawienia prezesa PiS ochrony osobistej, przy jednoczesnym pomyśle, aby w Sejmie posłowie mogli pracować z dziećmi na ręku i przychodzić do Sejmu z psami, brzmi jak czwarta cześć kultowej serii Sylwestra Chęcińskiego.

Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!