W jakiej kondycji był, jest i pewnie jeszcze długo będzie polski wymiar sprawiedliwości, to wszyscy widzą. „Fenomen” tego zjawiska polega na tym, że krytyka płynie ze wszystkich stron, od lewa do prawa i z samego środka systemu. Lewicowo-liberalna strona oczekuje powrotu do skostniałego sytemu, który po PRL-u sam miał się oczyścić, ale jak wiadomo nigdy do tego nie doszło. Po prawej stronie istnieje przekonanie, że tylko głębokie reformy połączone z wymianą kadr, może uzdrowić przede wszystkim chore struktury.
Samo środowisko prawnicze również zabiera głos i nie ma chyba jednej osoby, która chciałby bronić tego, co jest obecnie, ale krytyka ma różne podstawy, dokładnie takie, jak przy sporze politycznym. Polska jest jedynym krajem UE, gdzie sędziowie podważają: status innych sędziów, KRS, całych Izb Sądu Najwyższego i oczywiście Trybunału Konstytucyjnego. Konstytucyjne organy państwowe nie uznają wybranych orzeczeń, a rząd nie publikuje wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Ręczne sterowanie prokuraturą, bezprawne uchylanie regulowanych ustawą przepisów o losowaniu sędziów, to niepełny, ale i tak wystarczająco przygnębiający obraz stanu rzeczy. Skutki są fatalne dla funkcjonowania państwa i obywateli, którym sądy kojarzą się ze wszystkim, tylko nie ze sprawiedliwością. Szczególnie procesy o zabarwieniu politycznym wywołują skrajne emocje, podobnie jak procesy z udziałem celebrytów, zazwyczaj traktowanych w sposób wyjątkowo łagodny.
Mając to wszystko na uwadze, aż trudno uwierzyć, że w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia stał się cud i zapadł wyrok, po pierwsze sprawiedliwy, a po drugie niekwestionowany przez żadną stronę sporu społeczno-politycznego. Jest to o tyle ciekawe, że wyrok wydał sędzia Maciej Mitera, były rzecznik kwestionowanej przez „autorytety prawne” Krajowej Rady Sądownictwa. Sędzia Mitera był jednym z bardziej krytykowanych (neo)sędziów, gorzej tratowani byli tylko sędziowie „dublerzy” i Prezes Trybunału Konstytucyjnego Julia Przyłębska, ale wyrok, jaki wydał w sprawie Łukasza Żaka skazanego na 20 lat pozbawienia wolności, za spowodowanie śmiertelnego wypadku drogowego, już stał się legendarny. Nie tylko wymierzenie najwyższej możliwej kary zrobiło wrażenie na opinii publicznej, równie mocne było ustne uzasadnienie wyroku:
Materiał dowodowy nie pozostawia mi wątpliwości. Popełnił pan, tu się zgodzę, występek. Ten występek z art. 177 par. 1 Kodeksu karnego. Z woli ustawodawcy on był i na razie jest nieumyślny. Nie można go inaczej popełnić, taka jest konstrukcja. Natomiast, tak jak trafnie urząd prokuratorski zakwalifikował, naruszenie zasad ruchu drogowego było umyślne. Pani mecenas mówiła, że jej klient błądził, że to był błąd. Jak ten błąd definiujemy? Jeżeli sobie popatrzymy, ja błąd definiuję jako mylne wyobrażenie o istniejącym stanie rzeczy. Czy pan Łukasz Żak miał mylne wyobrażenie? Nie. Nie miał mylnego wyobrażenia o istniejącym stanie rzeczy. Nie wiem. Codziennie przemierzam Trasę Łazienkowską i myślę, co trzeba mieć w głowie, żeby rozpędzić arteona – to jest mały czołg – do prędkości ponad 200 kilometrów na godzinę. Nie ma szans. Naprawdę, nie ma szans na reakcję. (…) Panie Żak, powiem tak: może nie na wyrok, ale na tę karę pracował pan sobie tutaj latami. To jest wypadkowa pana całej działalności. Naprawdę. (…) Powiem panu: wszystko pana interesowało, włącznie z tymi koszulkami Vuittona, Balenciagi, ale nie to, co pan zrobił. Uważam, że zero refleksji.
Takie cuda się w sądach zdarzają rzadziej niż pełne zaćmienie słońca i sędziemu Maciejowi Miterze należą się gromkie brawa na stojąco, jednak fenomen odbioru tego wyroku ma oczywiście proste wyjaśnienie. Sprawa nie miała najmniejszego podtekstu politycznego, czy celebryckiego. Na sali sądowej zasiadł odrażający sprawca śmiertelnego wypadku, który zamiast skruchy okazywał arogancję i szyderstwo. Nie zrobiła na nim żadnego wrażenia śmierć 37-letniego kierowcy i ciężkie obrażenia żony kierowcy oraz dzieci, dlatego nie znalazł obrońców w żadnej politycznej, czy ideologicznej „grupie wyznaniowej”. Jak wyglądałby proces ze wszystkimi okolicznościami i stanem faktyczny, gdyby sprawcą była osoba publiczna, a do tego jeszcze „odpowiedni” sędzia, to można się tylko domyślać, jaki zapadłby wyrok albo sięgnąć do orzecznictwa, na przykład w sprawie Piotra Najsztuba, czy Włodzimierza Cimoszewicza.
Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!








