Jeśli pominąć zakazany owoc w postaci stron dla dorosłych, to niekwestionowanymi liderami Internetu są zwierzęta, ze szczególnym wyróżnieniem kotów i psów. Rekcje społeczności internetowej w odniesieniu do krzywd wyrządzanych zwierzętom bywają znacznie bardziej emocjonalne niż w przypadku ludzi, co raczej nie jest normalne, ale za to zauważalne. Niejedna osoba publiczna przekonała się, że ze zwierzętami nie ma żartów, a najmocniej, jak zawsze zresztą, obrywa się politykom.
Poważni analitycy i politolodzy twierdzą, że tak zwana „piątka dla zwierząt” była jedną z kilku przyczyn spadku notowań PiS. W ostatnim czasie także prezydent Karol Nawrocki musiał się zmierzyć z gigantyczną falą krytyki po zawetowaniu „ustawy łańcuchowej” i z nieco mniejszą falą, po podpisaniu „ustawy futerkowej”. Z jednej strony atakowali obrońcy zwierząt, a większość z nich uaktywniła się spontanicznie, bo wcześniej niczym się nie wyróżniali, z drugiej strony larum podnieśli wolnościowy i przeciwnicy „bambinizmu”. Większe zamieszenia wywołał tylko kot prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, ale ta historia wymagałby opracowania na poziomie doktoratu. W każdym razie, kto ma dostęp do Internetu powinien sobie zdawać sprawę z olbrzymiego potencjału zwierzęcego, który może zadziałać w dwóch kierunkach.
Piesek, czy kotek to najprostszy sposób na ocieplenie wizerunku i z tego patentu politycy korzystają bardzo chętnie, ale równie łatwo można wpaść w poważne kłopoty, gdy się nieodpowiednie potraktuje zwierzątko. Tej elementarnej wiedzy zabrakło Izabeli Bodnar, byłej poseł Polski 2050 i obecnej Unii Centrum. Pani poseł postanowiła się pochwalić ekskluzywnymi wakacjami na hiszpańskim wybrzeżu, co samo w sobie jest krokiem nierozważnym, jednak jeszcze większym błędem było pozowanie z dwoma martwymi tuńczykami. Przedszkolak i to z grupy „maluchów”, nie „starszaków”, domyśliłby się, jak to się skończy, ale pani Bodnar z domyślania się raczej nie słynie i zebrała wielkie baty od miłośników wszelakiej fauny.
Stara prawda polityczna, prawdopodobnie sformułowana przez Otto von Bismarcka, głosi, że nie pokazuje się ludowi, jak się robi kiełbasę i politykę. Czymś innym jest elegancko zapuszkowana rybka w oleju, a czymś inny biedne, utłuczone zwierze z otwartymi oczami skierowanymi prosto w ekrany komputerów i smartfonów. Rozpętało się piekło i takich słów jak: morderczyni, bandytyzm, żałość, żenada, nie brakowało, a i wulgaryzmów pojawiło się pod dostatkiem. Pani polityk próbowała się bronić i robiła to zaskakująco rozsądnie, jak na nią:
Drodzy nie bądźcie hipokrytami, każde sushi, każda ryba, każdy kotlet, który jecie, pochodzi od złowionego lub zabitego zwierzęcia. Jeżeli kogoś to razi i nie może się z tą oczywistą prawdą pogodzić niech przejdzie na wegetarianizm. Inaczej nie ma mandatu, żeby tu wyć. Rozumiem, że sami roślinożercy tu płaczą? Tak?
Nic to jednak nie pomogło, wręcz przeciwnie, komentarz Izabeli Bodnar jeszcze bardziej podniósł poziom emocji i dostarczył kolejnych kwiecistych „komplementów”. Pewne jest też to, że nieszczęsne zdjęcie zostanie z Izabelą Bodnar na zawsze, jak Madera z Ryszardem Petru, „czysta” z Aleksandrem Kwaśniewskim, czy „ostry cień mgły” z Andrzejem Dudą. W polityce trzeba bardzo uważać, nie tylko na to co się mówi i robi, ale na każdy przejaw aktywności, bo nawet wakacje z tuńczykiem mogą przekreślić polityczną karierę. Izabelę Bodnar zgubiło to, co gubi wielu ludzi, po prostu nie oparła się pokusie, która została prześmiewczo sformułowana w słynnym internetowym haśle: „A u was, co tam biedaki?”
Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!








