Rozpalenie emocji w mediach, czy Internecie to jedna z łatwiejszych rzeczy do wykonania i nie potrzeba do tego ani wielkiej inteligencji, ani wiedzy, wystarczy parę słów skierowanych pod właściwym adresem. O tym, że dokładnie tak to działa można się było przekonać choćby wczoraj, gdy dwoma głównymi tematami dnia były: „zakute łby” Donalda Tuska i rzekoma depresja byłego Marszałka Sejmu Szymona Hołowni. W jednym i drugim przypadku po akcji natychmiast nastąpiła reakcja i szczególnie Donald Tuska miał pełną świadomość, że tak się stanie.
Jacek Nizinkiewicz utrzymuje, że pisząc tekst o depresji Szymona Hołowni nie miał złych intencji i spodziewał się pozytywnej reakcji ze strony polityka, ale takie wyjaśnienie brzmi mało wiarygodnie. Gdy zestawimy sobie słowa Donalda Tuska z artykułem Nizinkiewicza, to wbrew pozorom mamy do czynienia z elementami jednej i tej samej całości. Pełne oburzenia komentarze w obu przypadkach przebiegały po linii politycznych podziałów i o ile prymitywna prowokacja Donalda Tuska, nie pierwsza zresztą, jest do bólu czytelna, to przypadek Szymona Hołowni jest znacznie bardziej skomplikowany niż się wydaje, ponieważ tutaj zderzają się bardzo poważne argumenty za i przeciw. Polityk jest osobą publiczną i rzecz jasna ma prawo do zachowania prywatności, nie wspominając o intymności. Z drugiej jednak strony, wiele razy słyszeliśmy, również od polityków, że sprawowanie funkcji publicznych powinno być kontrolowane na wielu poziomach i jednym z są badania psychologiczne, czy wręcz psychiatryczne.
Biorąc pod uwagę „dziennikarski dorobek” Jacka Nizinkiewicza, można się pozbyć złudzeń, że jego „artykuł” w popularnej „Rzepie” nie był próbą wywołania taniej sensacji przynoszącej dochody. Prawdopodobne jest też, że to element politycznej zemsty oraz gry wymierzonej w ostateczne zatopienie Szymona Hołowni i tego, co zostało z Polski 2050. Nizinkiewicz jest jednoznacznie kojarzony jako usłużny funkcjonariusz obecnej władzy i wielokrotnie swój status publicznymi wypowiedziami potwierdzał. Z tych powodów nie sposób bronić „artykułu” i „autora”, ale to nie oznacza, że główny argument podnoszony w dyskusji o zdrowiu polityków jest zasadny i rozsądny. Na pewno zdrowie polityka odpowiedzialnego za podejmowanie decyzji, które decydują o życiu milionów Polaków nie jest kwestią bagatelną. Twierdzenie, że to prywatna sprawa każdego obywatela jest tyleż szlachetne, co lekkomyślne.
Niedawno politycy przerzucali się w Sejmie tak populistycznymi pomysłami, jak badanie posłów alkomatem przed wejściem na salę plenarną i to tylko jeden z wielu projektów samych polityków dla polityków. W emocjach i codziennej walce plemiennej prawie wszyscy zapomnieli, łącznie z oburzonymi na ujawnienie „prywatnych” problemów Szymona Hołowni, co się wydarzyło w 2017 roku. Ówczesna opozycja, a dzisiejsza władza przygotowywała projekt ustawy, która stanowiła, że parlamentarzystą nie może zostać osoba cierpiąca na chorobę psychiczną, urojenia lub mająca inne poważne zaburzenia osobowości. Na czele zespołu tworzącego projekt ustawy stał lider PSL-u Władysław Kosiniak-Kamysz, jak wiadomo lekarz i polityczny koalicjant Szymona Hołowni kroczący Trzecią Drogą.
Politycy i dziennikarze gubią się we własnych pomysłach i popadają ze skrajności w skrajność. Wielce prawdopodobne jest to, że ci sami, co dziś „stoją murem” za Szymonem Hołownią, biliby brawa na stojąco, gdyby politycy musieli przechodzić przez obowiązkowe badania psychiatryczne. Zdrowie polityka nie do końca jest prywatną sprawą polityka, jest też sprawą publiczną, czy to się komuś podoba czy nie. Osoby mające problemy same ze sobą z bardzo wielu powodów nie nadają się do sprawowania funkcji publicznych i co więcej stanowią zagrożenie nie tylko dla siebie, ale dla wielu obywateli. Czy stan zdrowia Szymona Hołowni i innych polityków jest na tyle poważny, że powinien ich pozbawić możliwości decydowania o naszych losach? Ano właśnie w tym rzecz, że tego nie wiemy, a zdecydowanie powinniśmy wiedzieć!
Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!









Skądinąd po dwóch latach politycznego związku z Donaldem, depresja to najmniejszy wymiar kary. Na przykład marszałek Sejmu, który powinien marudzić “za długo Pan gada”, przed kamerami całego świata publicznie obraził Prezydenta USA, kimkolwiek by on nie był, a na wyprawie kijowskiej w imieniu wszystkich premierów Unii Europejskiej przyjął Ukrainę do UE. Tych badań mógłby nie przejść….
Z ukraińskich weteranów można by spokojnie obsadzić ze trzy brygady Wojska Polskiego, zamiast bać się ich przyjazdu weźcie ich do naszego wojska, za “ogromne” pieniądze i na porządnym sprzęcie….
Czy to nie kolejna rocznica wojny trzydniowej?